oraz uwagi i wynagradza to swoim niezwykłym pięknem. Nie mógł się doczekać poznania tajemnicy jej zjawienia

1.1. stosować podstawową terminologię z zakresu psychologii, psychoterapii,

rozczarowania?
spróbujesz?
Oba sceptycznie parsknęli, lecz ściskać się nie zaczęli. Rolar rozpalił ognisko, trochę skrobiąc ocalałego ziemniaka, a Orsana przysiadła się do mnie, uważnie obserwując zabiegi nad śledziem.
- O cholera. - Christopher zaczął się podnosić, ale po
Lereena nie wydała żadnego dźwięku, ale w jej stale pogardliwym spojrzeniu widoczny był strach i błaganie o pomoc. Zawahawszy się, Rolar ostrożnie położył miecz na ziemi i popchnął go w stronę doradcy. Ten się nachylił i go poniósł, z zadowolonym uśmieszkiem i orężem w ręce. Teraz oczekująco popatrzył się na Orsanę.
Nowa twarz zwróciła jego uwagę, uspokoił się, w każdym
- Wątpię. Zbyt lekko poszło, czuję jakiś podstęp.
Nawet nie mogę tego wypowiedzieć!
Skinął głową.
w doskonałych humorach. Gilly wyszła na
Tak miło dzwoni w uszach i...
- Kiedy się zgodziłaś zostać moją żoną, zgodziłaś


projektmetropolis.plmatryca VATpodcasty tok fm

- Co więc powiedziałby mi Pilot? - spytał szybko.

jeszcze wrócić. Wyjechał w jakiejś małżeńskiej
- Wolałbym nie. Nigdy w życiu nie trzymałem jeszcze
Tylko to, jak powiedział jej kiedyś, naprawdę się

- Znajoma z biblioteki.

- Ruszajmy. Trzeba go aresztować. - Mam nadzieję, że mówisz o Klapsie Watkinsie - powiedział Beck. - Nie przypuszczam, że myślisz o aresztowaniu Chrisa. - A jakże! - odparł ochoczo Scott. - Nie tak szybko, Wayne - ostudził jego zapał szeryf. - Może powinniśmy znowu porozmawiać z Chrisem? - zwrócił się do Becka. - Na podstawie takiej opowiastki? Sayre spojrzała na niego z konsternacją. - Oskarżasz mnie o kłamstwo? - Nie, Watkins rzeczywiście jest na tyle głupi, by wyciąć podobny numer. Dopóki jednak nie znajdzie się w areszcie, jedynie twoje słowa potwierdzają to, co powiedział. Tylko ogromnym wysiłkiem woli powstrzymała się od tego, aby go nie uderzyć. - Idź do diabła. - Sayre - skarcił ją stanowczo szeryf. Spojrzała na niego. - Przekazałam wam całą moją rozmowę z Watkinsem, słowo w słowo. To właśnie powiedział: Księga Rodzaju, rozdział czwarty. - Wierzę ci i prawdopodobnie Beck również - odparł szeryf. - Pamiętaj jednak, że reprezentuje Chrisa. Sayre spojrzała Beckowi prosto w oczy. - Nigdy o tym nie zapominam. - Pamiętaj również, że Watkins niedawno wyszedł z więzienia - ciągnął Rudy. - Jest zdolny powiedzieć cokolwiek, co pozwoli mu zostać na wolności. Tą opowiastką o Biblii może nam próbować zamydlić oczy, sprawić, że uznamy Chrisa za zabójcę własnego brata, a tym samym uwolnimy Klapsa od presji podejrzeń, przynajmniej na tyle długo, by zdążył prysnąć do Meksyku. - Uważam, że właśnie to chciał osiągnąć - zgodził się z szeryfem Beck. - Zaczyna się bać. Jest zdesperowany i czuje, że grunt pali mu się pod nogami. Chce zrzucić winę na kogoś innego, a wszyscy dobrze wiemy, jakie uczucia żywi wobec Hoyle'ów. - Nie sądzisz, że i mnie mogło to przyjść do głowy? - rzuciła gniewnie Sayre. - Nie jestem głupia. - Nikt cię o to nie oskarża, Sayre - powiedział Beck. - Rzeczywiście, nie. Tylko o kłamstwa. - Uspokój się. Nie próbuję udowodnić nikomu, że się mylisz lub kłamiesz. Po prostu próbuję znaleźć w tym jakiś sens. Załóżmy, że Watkins mówił prawdę i wie niejako z pierwszej ręki, że Chris zabił Danny'ego, Jeśli tak, dlaczego nie skontaktował się wcześniej z policją, żeby przekazać te informacje? Dlaczego ryzykował wejście w konflikt z prawem, włamując się do twojego pokoju hotelowego i grożąc ci nożem? Dlaczego tak ryzykował, żeby powiedzieć ci coś takiego? - Ponieważ wiedział, że nie zostawię tej sprawy. - Nikt w tym biurze nie zamierza zostawić tej sprawy nierozwiązanej, pani Lynch - uciął dyskusję Scott. - Musimy działać, szeryfie. Wiemy już o zamieszaniu Chrisa w to morderstwo. - Na podstawie znalezionego na miejscu zbrodni pudełka zapałek? - spytał drwiąco Beck. - Ustaliliśmy również, że Chris mógł popełnić ten czyn w ciągu dwóch godzin, co do których nie ma alibi. - Chyba że wam je przedstawi. - Nie ma go - powtórzył Scott.
martwi się, jak mnie będzie utrzymywał albo co pocznie, kiedy po ślubie zrobię się gruba i niechlujna, albo czy będę go kochała, jeśli całkiem wyłysieje. Tego typu rzeczy. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy sobie tego nie wymyśliłam, ale znałam go na tyle dobrze, że jestem przekonana, iż miałam rację. - Nigdy ci nie mówił, co to za zmartwienie? - Nie, ale na pewno coś go gryzło. - Coś na tyle poważnego, żeby w końcu odebrać sobie życie? - spytała łagodnie Sayre. - Nie zraniłby mnie w taki sposób - odparła Jessica z uporem. - Nie zostawiłby mnie, żebym przez resztę życia zastanawiała się, dlaczego to zrobił i jak mogłam go od tego powstrzymać. Nie obciążyłby mnie taką odpowiedzialnością i zwątpieniem w siebie samą. Nie, Sayre. Nigdy nie uwierzę, że się zastrzelił. Przyznaję jednak, że inna możliwość jest przerażająca - dodała po chwili przerwy. - Danny był taki prostoduszny. Lubili go nawet pracownicy huty, którzy nie myślą o rodzinie Hoyle'ów w superlatywach. - Niekoniecznie, Jessico. Był dyrektorem działu zatrudnienia. Zajmował się zwalnianiem i przyjmowaniem ludzi do pracy, ubezpieczeniami i wynagrodzeniem. Tego typu rzeczy mogły przysporzyć mu wrogów. - Danny musiał się stosować do ustalonych zasad Huffa i wydaje mi się, że wszyscy pracownicy fabryki byli tego świadomi. Możliwe, ale ktoś powodowany zbyt silnym uczuciem zemsty mógł nie dostrzec różnicy. - Kiedy detektyw Scott zapytał nas, czy ktoś mógł pragnąć śmierci Danny'ego, Beck Merchant... jestem pewna, że Danny ci o nim wspominał... - Wiem, kim on jest - odparła Jessica. - Wszyscy wiedzą. To szycha w fabryce. On i Chris rozumieją się jak para łotrów. - Są aż tak dobrymi przyjaciółmi? - Niemal nierozłącznymi. Sayre postanowiła przemyśleć później również i tę sprawę. Wszystko, co usłyszał Beck, trafiało zapewne bezpośrednio do uszu Chrisa. - Kiedy szeryf Harper zapytał, czy wiemy o kimś, kto mógłby nastawać na życie Danny'ego, pan Merchant odpowiedział w naszym imieniu to, co w tamtej chwili chyba wszystkim przyszło do głowy. Hoyle'owie przez lata narobili sobie wielu wrogów i jeżeli ktoś chciał się zemścić, Danny był łatwym celem, jako najcichszy i najbardziej bezbronny z nas wszystkich. Po dłuższym milczeniu Jessica odrzekła: - Zapewne tak, chociaż boli mnie myśl, że Danny stracił życie przez kogoś, kto żywił urazę do rodziny za to, czego on nie zrobił. - Zgadzam się - Sayre zawahała się przez chwilę. - Zamierzasz powiedzieć Huffowi i Chrisowi o waszych sekretnych zaręczynach? - Pod żadnym pozorem. Moi rodzice wiedzieli o tym, ponieważ Danny poprosił tatę o moją rękę. Oni i moja siostra to jedyne osoby, które znają naszą tajemnicę. Nie powiedziałam o tym w szkole. Spotykaliśmy się zawsze poza miastem. Nawet w kościele byliśmy ostrożni, nigdy nie zostawaliśmy sami, pilnowaliśmy, by przebywać w grupie. Nie widzę powodu, żeby rozgłaszać o tym teraz. Wywoła to jedynie niepotrzebne kłopoty z twoim ojcem i bratem, a szczerze mówiąc, nie mam siły ani ochoty wdawać się z nimi w jakiekolwiek awantury. Chcę myśleć o Dannym, zachować o nim cudowne wspomnienia. Nie chciałabym usłyszeć czegoś, co zbruka ich piękno. - Niestety, muszę ci przyznać rację - powiedziała Sayre. - Myślę, że to rozsądna decyzja. Nie dawaj im okazji, aby sprawili ci dodatkowy ból. Chociaż dużo tracą, nie znając cię - uścisnęła
Róży. Nie wiedząc nawet kiedy, dotknął ustami kwiatu...

- Ciekawe, z kim John rozmawia - powiedziała

- Proszę się nie obawiać, nie zamierzam obrabować Jego Wysokości - oznajmiła mu. - Przyjechałam się z kimś zo¬baczyć. Z kimś bardzo ważnym.
- W ogóle nie jestem twoim pacjentem. - Huff opuścił nagie stopy po jednej stronie łóżka i usiadł prosto. Przeklinając, wyciągnął rurkę z nozdrzy. - Nie cierpię być przywiązanym do tego gówna. - Ciesz się, że cię nie zaintubowaliśmy - roześmiał się doktor. - Nie ma mowy, żebym na to pozwolił. Masz dla mnie coś do jedzenia? Tom Caroe sięgnął do kieszeni powyciąganych spodni i wyciągnął zawiniętą w papier kanapkę. - Masło orzechowe i dżem winogronowy, własnej roboty. - Co? Powiedziałeś, że przyniesiesz mi obiad. - Huff, ludzie, którzy dostają ataku serca o drugiej po południu, zazwyczaj nie mogą liczyć na pulpety z ziemniakami i sosem mięsnym, zwłaszcza o wpół do jedenastej w nocy. Huff wyrwał mu kanapkę, odwinął ją i pochłonął trzema kęsami. - Przynieś mi colę - rzucił z pełnymi ustami. - Nie. Kofeina. - Jedna z pielęgniarek, ta naprawdę brzydka, zabrała mi papierosy. - Nawet Huff Hoyle nie może palić na oddziale intensywnej terapii. - Władowałem w ten szpital kupę forsy, a teraz nie mogę sobie nawet zapalić? - Wszędzie dookoła są butle z tlenem - odparł doktor, wskazując na pokój. - Pójdę na dół. - Musiałbym cię odłączyć od maszyn kontrolnych, a wtedy wszyscy przybiegliby tu w te pędy, wioząc na wózku zieloną skrzynkę. - Caroe zerknął na Huffa sprytnie. - A do tego nie możemy dopuścić, prawda? Huff obdarzył go złym spojrzeniem. - Bawi cię to, prawda? - To był twój pomysł, Huff. Jeśli musisz się teraz obywać bez jedzenia i papierosów, miej pretensje do siebie. Jak długo zamierzasz to ciągnąć? Pielęgniarki już zaczynają zachodzić w głowę, dlaczego pacjent po zawale ma w sobie tyle energii? Nie mogę mydlić im oczu w nieskończoność. - Kiedy mogłoby mi się poprawić? Cudowne ozdrowienie? - Za dzień lub dwa. Jutro możemy przeprowadzić kilka badań... Huff popukał go w klatkę piersiową. - Lepiej, żeby nie było to nic inwazyjnego ani bolesnego. - Mógłbym powiedzieć twojej rodzinie, że atak spowodował martwicę na minimalnym obszarze, na razie to nic poważnego, jedynie ostrzeżenie, ale musisz zmienić dietę, rzucić palenie, uprawiać sporty i tak dalej. - Jeżeli wspomnisz coś o diecie, Selma zacznie mnie karmić jakimiś świństwami. - To cena, którą musisz zapłacić za udawanie zawału. - Jakie jest inne wyjście? - Mogę się upokorzyć i przyznać, że to nie atak serca, ale bardzo ostry przypadek niestrawności i zgagi, który cię przestraszył i zmylił nas wszystkich. Huff milczał przez chwilę. - Łatwo byłoby uwierzyć, że taki konował jak ty mógł postawić mylną diagnozę, ale zostańmy przy łagodnym ataku serca. Zostanę w szpitalu jeszcze jeden dzień, tak dla picu. - To najgorszy z twoich wszystkich kawałów. Dlaczego to robisz? - Co cię to obchodzi? Płacę ci za to. - Gotówką, pamiętasz? - Czy kiedykolwiek zapomniałem? Caroe zaśmiał się nerwowo. Huff znowu przypomniał mu, gdzie jest jego miejsce.
- Jak to? Przecież tu siedzę, rozmawiam z tobą, nalałem ci wody...